Mój pierwszy wymarzony MUSCLE CAR…

Od dziecka zawsze interesowałem się – nazwijmy to – „męskim” hobby, czyli militariami, motoryzacją no i grą w piłkę nożną z chłopakami na podwórku. Jednak w miarę dorastania, moje zainteresowania zaczęły ewoluować i mówiąc w naprawdę dużym skrócie doszedłem do momentu, w którym stwierdziłem że American Muscle Cars to jest to !! Pamiętam nawet dobrze jak pewnego jesiennego dnia 2001 roku przeglądałem po powrocie ze szkoły duży czerwony album pt. „Samochody Marzeń”, wydany na początku lat 90-tych i dokładnie na stronie 136 zobaczyłem duże zdjęcie, które na zawsze zmieniło mój motoryzacyjny światopogląd. Widniał na nim przepiękny Plymouth AAR`cuda z 1970 w kolorze FC7 „In-Violet”… aż mnie zamurowało, tak wspaniale i wyjątkowo wyglądał! I od tego wszystko się zaczęło; zgłębiałem tematy związne z amerykańską motoryzacją, czytałem niezliczone artykuły, zbierałem tysiące zdjęc i ciągle było mi mało. A dodam, że w tym okresie internet w Polsce był w powijakach,  więc za połączenie poprzez modem słono się płaciło, lecz moja nowa pasja pochłonęła mnie bez reszty i prawdę powiedziawszy, poświęciłem się jej. Przez cały okres trwania liceum i studiów, moi koledzy „jarali” się BMW, Ferrari, Lamborghini, czy chociażby takimi zwykłymi „fajnymi” Hondami, albo np. Oplami, a kiedy im mówiłem, że bardzo chciałbym mieć Dodge Challenger`a R/T z 1970 roku ze skromnym silnikiem o pojemności 383 cu-in (6.3l) Magnum V8 pod maską to pytali się mnie, co to w ogóle za samochód, no i oczywiście ile to pali paliwa. „Mniej niż Wasze Ferrari” padała moja odpowiedź. Na szczęście, zużycie paliwa, oszczędność nie były u mnie priorytetem przy wyborze mojego pierwszego „mięsniaka”, ponieważ w ogóle mijałoby się to z celem (z oczywistych względów). Jeśli się marzy o tego typu samochodzie i poważnie bierze się jego zakup pod uwagę, to myślenie typu  „ile mnie wyniosą wydatki na paliwo” należy włożyć między bajki.  Zasada jest prosta i stara jak świat: im szybsze i mocniejsze auto tym więcej (i częściej) do baku należy lać. Oczywiste prawda?

Będąc jeszcze na studiach nawiązałem kontakt z Wojtkiem Sieprackim, który założył firmę Speedshop, zajmującą się m.in. renowacją klasycznych amerykanów. Opowiadałem mu jakie „muscle car`y” mi się marzą i czego tak naprawdę oczekuję od mojego pierwszego „mięśniaka”.  Wojtek dłubał już wcześniej w amerykanach i miał z nimi bliższy kontakt (podczas gdy ja jedynie „zdjęciowo-tekstowy”). Bardzo mocno mi pomógł dzieląc się swoimi spostrzeżeniami i uwagami odnośnie przesyłanych mu przeze mnie linków z ebaya czy innych stron z ofertami sprzedaży muscle car`ów, które chciałbym widzieć w moim garażu. Oczywiście wtedy jeszcze (to były lata 2004-2008) ze względów finansowych nie mogłem sobie pozwolić na zakup mojego wymarzonego autka, toteż skupiałem się jedynie na tym czy auto jest faktycznie warte tej ceny i czy były to dla mnie idealny zakup. Zacząłem się zwracać w stronę Moparów (Chrysler, Dodge, Plymouth), a w szczególności A-bodies (np. Plymouth Duster lub Dodge Demon), B-Bodies (np. Plymouth Belvdedere/Satellite, Dodge Coronet & Charger) no i oczywiście E-body (Dodge Challenger oraz Plymouth Barracuda), w zależności od modelu od lat 1968 do 1974. Oczywiście nie muszę chyba wspominać jak długo przeglądałem wszystkie możliwe strony w internecie w poszukiwaniu tego jedynego, mojego muscle cara. Poświęcałem na to niemal każdą wolną chwilę. W końcu pasja to pasja i moje postanowienie brzmiało tak: będę miał muscle car`a choćby nie wiem co!

I w końcu nadszedł ten dzień kiedy mogłem sobie pozwolić na zakup mojego pierwszego muscle car`a. Skontaktowałem się z Wojtkiem ze Speedshop żeby pomógł mi wybrać tego jedynego dla mnie. Była cała masa ofert z USA i okazało się, że najdroższe z nich wszystkich były właśnie Mopar`y (a ceny moich wymarzonych znacznie przekraczały mój wyznaczony budżet,), więc zacząłem też rozglądać się za autami od GM czy FoMoCo, które były co prawda nieco tańsze ale równie piękne. Nie brałem pod uwagę kupna auta w Polsce, głównie w obawie że trafię na takie w kiepskim stanie za wygórowaną cenę (choć w USA niektóre auta też były robione na sztukę, czyli „po meksykańsku” – np. łaty w blacharce z gazet lub ze sprasowanych puszkach po piwie plus duże ilości szpachli).  Jednak pewnego dnia, Wojtek zadzwonił do mnie z informacją, że jego kolega z Będzina na Śląsku myśli o sprzedaży Forda Torino  z 1968 i czy byłbym zainteresowany. Auto zostało przez niego odrestaurowane – otrzymał piękny lakier (czarna wiśnia metalik) oraz nowe wnętrze (pomarańczowa ekoskóra) Przesałał mi kilka zdjęć na maila oraz jego cenę, która jak się okazało, mieściła się w moim budżecie. Same zdjęcia auta przemówiły do mnie jednym głosem: będę Twój!  Od razu po obejrzeniu fotek, chwyciłem za telefon i zadzwoniłem do Wojtka – „biorę go” zabrzmiała moja odpowiedź. W tym momencie przeszła przeze mnie jakby iskra, impuls… Nie wiem jak to dokładnie opisać, ale to była chwila, w której uświadomiłem sobie jedno, że zostałem właścicielem wymarzonego muscle car`a i bardzo nie mogłem się doczekać kiedy go odbiorę. Wojtek odebrał dla mnie autko z Będzina i umówiłem się z nim na odbiór w dniu 13.03 2009 (takich dat się nie zapomina) w Radomiu. Po kilku godzinnej podróży pociągiem, podczas której nie mogłem usiedzieć z podniecenia i żeby się rozładować musiałem chodzić z jednego końca wagonu do drugiego,  dojechałem na dworzec główny w Radomiu. Wojtek postanowił, że przyjedzie nim po mnie i Torino po raz pierwszy na własne oczy… serce mi do gardła podeszło i z radości nie mogłem się wręcz wysłowić ! Czarny lśniący lakier i jego muskularna sylwetka od razu się wyróżniały na tle tych wszystkich smutnych plastików i jest to co mnie wręcz zachwyciło i olśniło zarazem -  to moje Torino ! Przywitałem się z Wojtkiem i mimo że z grzeczności oraz sympatii do niego to nie mogłem oczu odkleić od autka, więc przekazał mi kluczyki no i w drogę ku mojej radości !  Pierwszy moment odpalenia był dla mnie istnym szokiem,dźwięk wspaniałej 302 V8 z czterogardzielowym gaźnikiem Edelbrock`a i co prawda pojedynczym wydechem z tłumikiem od Flowmaster`a, ale brzmiał tysiąckrotnie lepiej niż nie jeden podrasowany HEMI na filmikach zamieszczanych na youtubie.Po ierwszych metrach przejażdżki czułem się jakbym znał Torino od zawsze (musiałem tylko wyczuć jeszcze hamulce) i wiedziałem że to bardzo dobry znak i że będziemy się bardzo dobrze dogadywać (co trwa po dziś dzień nieprzerwanie). Nie muszę chyba wspominać jak bardzo byłem „podjarany” i wniebowzięty gdy go prowadziłem – normalnie obłęd i nic innego się dla mnie nie liczyło przez tą chwilę. Właśnie spełniałem swoje marzenie !! Zajechaliśmy do siedziby Speedshop, skąd Wojtek zabrał swojego Cheviego Bel Air Led Sled z 1954 roku i razem wyruszyliśmy na bujankę po mieście. „Ja chyba śnię” – zaczęły do mnie dochodzić tego typu myśli, ale kiedy usłyszałem jak silnik Torino grzmi wspinając się na wyższe partie obrotów, wiedziałem że to nie sen. Po bujance po mieście oraz obiedzie nadszedł czas na drogę do domu. I tu zaczyna się moja kolejna przygoda, której wręcz nie mogłem się doczekać. Bo była przede mną droga, której kompletnie nie znałem (nigdy nie jechałem z Radomia do Poznania samochodem przecież). Miałem mapę drogową Polski, i co najważnijesze jechałem moim Torino ! Wszystko to sprawiło, że poczułem się jak Kowalski ze słynnego filmu Vanishing Point, gdzie liczyła się tylko droga, ja i auto.  Do Tomaszowa Mazowieckiego dojechałem bez większych kłopotów, a stamtąd już tylko na Łódź i do autostrady A2. Pamiętam jeszcze tylko moment kiedy na nią wjeżdżałem po łuku, do głowy wpadały mi myśli typu „ale teraz dam po garach”. Mimo, że w Torino nie działał wskaźnik ilości paliwa (jak się później okazało to była drobnostka, trzeba było tylko podłączyć kabelek w bagażniku) więc jechałem „na czuja” i tak co ok. 100 km dotankowywałem paliwa żeby określić jego spalanie i powiem że nie wyszło tak źle – 15l/100 km. Jeszcze przed wyjazdem do Radomia zarezerwowałem sobie miejsce na parkingu strzeżonym, nieopodal mojego mieszkania, tak więc po przyjeździe do Poznania (a to było około 22-23h) zostawiłem go tam. Mimo, że to był strzeżony parking to ciągle nachodziły mnie obawy że zaraz ktoś mi go uszkodzi lub co gorsza – ukradnie !. Tak więc następnego dnia, z samego rana (to była sobota) szybko poszedłem do Torino i… stał tak jak go zaparkowałem. Wsiadłem, odpaliłem, przez chwile rozkoszowałem się symofnią V8 a następnie ruszyłem na przejażdżkę po mieście. Szyby opuszczone w dól, zimny łokieć  – istny raj. To było tak jak sobie wymarzyłem, przez te wszystkie lata spędzone w liceum i na studiach. W końcu moje marzenia się urzeczywistniły… yeehaaa !!

Auto dawało mi niesamowitą radość z jazdy – Torino świetnie się prowadziło, jego fordowska „302”-tka brzmiała przecudownie, i mimo że autko nie było demonem prędkości to jednak miało swoje „odejście”. Od momentu jego kupna do września 2009 roku jeździłem nim codziennie do pracy. Na samym początku mojej przygody z Torino nie mogłem jednak przyzwyczaić się do jednej rzeczy – przechodnie oraz kierowcy innych aut patrzyli i oglądali się za nami. Jak stałem na światłach lub nim zaparkowałem to niektórzy podchodzili  i zagadywali pytając: „a co to za amerykan?”, „jaki ma to silnik?” no i oczywiście nieśmietelne „a ile to pali?”. Każdy był ciekawski i zawsze chętnie opowiadałem o aucie a także jego historię. A jeśli mowa o historii, to odkąd nabyłem moje Torino chciałem dowiedzieć się gdzie i jak oraz przez kogo został zakupiony, ilu miał właścicieli itp.. Przewertowałem internet wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu jakichkolwiek wskazówek odnośnie tego, jak otrzymać historii auta, które było wyprodukowane przed 1981 rokiem (CARFAX automatycznie odpadał). I natknąłem się na serwis Marti Auto, który specjalizuje się w dokumentowaniu aut FoMoCo wyprodukowanych w latach 1967 do bodajże 1993 roku. Uiściłem opłatę $40 i po około 2 tygodniach na mój adres zamieszkania przysłali mi szczegółowy raport o moim aucie – jaka fabryka go wyprodukowała, jakie miał wyposażenie, oryginalny kolor, jaki dealer go sprzedał po raz pierwszy, a nawet daty etapów składania na linii montażowej !! Każdemu właścielowi Forda, Mercurego lub Lincolna (od roczników 1967) serdecznie polecam tę stronę.

W pewnym momencie zacząłem poważnie myśleć o podrasowaniu mojego Torino. Na myśl przyszły mi serwisy Summit Racin oraz Jegs, a także Wojtek ze Speedshop. Bardzo zależałomi na tym, by moje autko miało przede wszystkim podwójny układ wydechowy (w układzie H-pipe lub X-pipe), ponieważ do tej pory miał pojedynczy w układzie Y i z tłumikiem Flowmaster`a. Wojtek doradził mi co i jak można by było zmienić, tak by podnieść jego moc i  żeby brzmiał tak jak na rasowe V8 przystało. Ostatecznie Torino miało mieć zamontowane takie oto nowe części: nowe głowice, agresywny wałek z popyhaczami, nowy kolektor ssący, pompę wody (wszystko w zestawie EDL-2091 od Edeblrock`a z serii Performer RPM) oraz tzw. „makarony” – headersy (Heddman Headers) no i najlepsze – podwójny, boczny układ wydechowy (podobnie jak w `70 Dodge Challenger T/A) ze stali nierdzewnej bez tłumików czy nawet glasspack`ów ! Umówiłem się z Wojtkiem, żeby przywieźć mu autko pod koniec listopada do Radomia. Poprosiłem mojego kolegę żebyśmy tam pojechali razem – on w swoim `97 Lincolnie Town Car a ja w Torino. Dotarliśmy do celu następnego dnia (w międzyczasie zahaczyliśmy o Warszawę gdzie cruzowaliśmy z Bartkiem i jego `89 Dodge Ariesem). Przyznam, że było mi smtuno jak już wyjeżdżaliśmy z Radomia, ponieważ tak do końca nie wiedziałem kiedy ponownie zobaczę Torino (Wojtek informował mnie, że wstępnie na wiosnę). Miałem jednak pewność, że auto trafiło w dobre ręce i mogłem spać spokojnie. Termin odbioru ciągle się przesuwał, gdyż wypadały różne drobne komplikacje, co sprawiało że jeszcze bardziej brakowało mi Torino i jeszcze bardziej czułem się „podjarany” efektem końcowym. Pewnego sierpniowego dnia kiedy byłem w pracy, Wojtek mi przesłał sms`a o treści: „Ale to brzmi !”… no i wtedy miałem cały dzień już z głowy, bo oczami wyobraźni byłem już za kierownicą mojego „dopakowanego” auta i  ani przez chwilę nie mogłem się skupić na moich obowiązkach :) Aż nadszedł uprganiony dzień, 25 sierpnia 2010, kiedy mogłem wreszcie go odebrać ! Umówiłem się z Wojtkiem, że podrzuci mi go na lawecie do Warszawy, więc zaraz po pracy wskoczyłem w pociąg i czym prędzej pognałem do naszej stolicy. Poprosiłem Bartka (tego z którym cruzowaliśmy wcześniej z kumplem po Wawie) czy odebrał by mnie z dworca i zawiózł na Plac Bankowy. Pojechaliśmy tam i Torino stał tam !! Nasze rozstanie trwało prawie 10 miesięcy.  Od razu chwyciłem kluczyki od laweciarza i pognałem żeby go odpalić… a tu nic; nie odpala. I jak się po chwili okazało, dziwnym sposobem nie było prądu w akumulatorze. Bartek podjechał bliżej swoim Dodge`m tak abyśmy mogli go odpalić z kabli… i jak tylko go odpaliłem, poczułem się jak bóg :) Grzmot ośmiocylindrowej fali dźwiękowej przeszedł przez moje uszy i przez chwilę myślałem, że wszystkie okoliczne szyby powybija swym agresywnym bulgotem (wszak nie miał w ogóle tłumików !). Brzmiał (a raczej grzmiał) dosłownie jak rasowy dragster. Nie mówię o tym, jak bardzo chciałem go wypróbować :) Dochodziła godz. 20, więc mały test-drive po mieście (ale na spokojnie, bo silnik był na dotarciu), obowiązkowo z zimnym łokciem, a banan na twarzy sam się rysował :) Wszystko wydawało mi się ok, więc nadszedł czas powrotu do Poznania. Niesamowicie mnie kusiło żeby mocniej mu wdepnąć i poczuć moc, ponieważ sam dźwięk silnika na wolnych wydechach i z agresywnym rozrządem mnie do tego prowokował. A już nie wspominę jak wjeżdżałem do tunelu, po prostu jakby piekło na ziemię wstępowało i Przez cały czas czułem jak pulsuje we mnie adrenalina ! Ciężko opisać to przeżycie słowami – trzeba to usłyszeć i przeżyć :)

Niestety, gdy byłem mniej więcej kawałek za Sochaczewem (nieopodal miejscowości Kuznocin) zaczęły się problemy z autem. Było ok 22-23, i jakieś 500-600 metrów przede mną było rondo, do którego zaczął się tworzyć korek. Gdy zatrzymałem Torino, to nagle… zgasło. Szybko próbowałem je odpalic ponownie, ale bardzo słabo kręcił rozrusznik, więc o ponownym odpaleniu nie mogło być mowy i musiałęm zepchnąć je na pobocze. Trzeba było sobie teraz jakoś poradzić, więc rozstawiłem trójkąt, i zacząłem sprawdzać co się dzieje. Od razu podejrzewałem problem z akumulatorem, więc włączyłem światła i nie myliłem się, ledwo się żarzyły. Co więcej pasek od alternatora był na miejscu, a klemy podpięte, zatem problem musiał być głębszy (po powrocie do domu okazało się, że alternator był w środku cały zakurzony, więc nie ładował dostatecznie akumulatora i wystarczyło go tylko przeczyścić). Nie miałem przy sobie żadnych narzędzi, więc pomocy musiałem szukać u innych kierowców. Zacząłem machać latarką, żeby ktoś mi pomógł go chociaż odcholować, ale ludzie co najwyżej zwalniali, patrzyli na mnie jak na idiotę i odjeżdżali. Trwało to tak przez około 15 min, aż w końcu zainteresował się mną… patrol policji :) Wyjaśniłem szybko z czym mam problem i  na szczęście policjanci okazali się bardzo pomocni. Włączyli „koguty”, i podjechali od przodu do Torino. Podpieliśmy kable do naszych akumulatorów. Ich mina i reakcja kiedy odpadalałem była przezabawna gdyż w życiu nie spodziewali się takiego grzmotu i hałasu :) No ale jak tylko odpieliśmy kable, to Torino momentalnie zgasło. Policjancji zaproponowali, że mnie odeskortują do pobliskiego parkinkgu dla tirów, który znajdował się zaraz za rondem i gdzie był elektryk oraz sklep z akumulatorami – co za szczęście !! Powiedzieli żebym jechał na wyłączonych światłach i faktycznie akumulator miał jeszcze tyle prądu żeby dostarczyć iskry do ośmiu cylindrów. Szczęście w nieszczęściu elektryk i sklep pracowali od 8.00, a było już lekko po północy, więc czekał mnie nocleg w aucie. Przyznam, że było całkiem wygodnie, ale około 2 w nocy zrobiło mi się zimno, więc poszedłem do pobliskiego baru 24h i jako że nie mieli żadnych koców, musiałem spróbować usnąć siedząc na krześle przy stole i przy akompaniamencie lokalnego disco polo, które leciało cały czas w telewizji – cudowna kołysanka :) Oczywiście nie dało się w ogóle usnąć więc jedyne co to mogłem się zdrzemnąć i tak do około godz. 6 rano, postanowiłem wrócić do Torino :) W końcu po 2 godzinach otworzył się sklep z akumulatorami, ale niestety elektryk dalej był zamknięty. Zatem jedyna opcja jaka mi pozostała to kupno akumulatora i próba dojechania Torino do Poznania z wyłączonymi światłami. Zamontowałem nowy akumulator, odpaliłem i w drogę – kolejna przygoda ! Nieogolony, z moimi oldschoolowymi okularami przeciwsłonecznymi i w białym podkoszulku wczułem się w rolę James`a Deana i teraz już mu mocniej cisnąłem. Auto nie miało jednak takiego dużego przyrostu mocy jak deklarował Edelbrock (do 367 koni), co było wynikiem tego iż konwerter do skrzyni biegów nie został zmieniony na wyścigowy (ze względu na ostrość wałka rozrządu, potrzebny był taki z powyżej 3000 obr/min  „stall speed”), więc skrzynia biegów nie była w stanie przekazać tej mocy na niskich partiach obrotów… ale JUŻ powyżej 3500-3700 obr/min. – jak to się mówi po angielsku: all hell broke loose ! Poczułem jak mnie wgniata w fotel przy takich obrotach – niesamowite uczucie ! Pędziłem nim dość szybko i ciągle mnie zastanawia jak to możliwe, że nie zostałem zatrzymany przez policję ani nie dostałem „pocztówki” z fotoradaru :) Koniec końców udało mi się dojechać do Poznania i z miejsca umówiłem się już na wizytę u elektryka.:) Potem mogłem znowu beztrosko śmigać moim mięśniakiem po mieście.

W rok później, chciałem zamienić konwerter na wyścigowy, więc wybrałem się na zakupy on-line do Summit Racing i zakupiłem wybrany konwerter firmy Boss Hog wraz z chłodnicą oleju do skrzyń biegów, shift kit`em oraz zestawem naprawczy. Wszystko pasowało jak ulał, ale niestety okazało się, że konwerter miał wadę fabryczną, która uniemożliwiała jego założenie na wałek od obudowy pompy skrzyni, a na reklamację było za późno. Zastanawiałem się tez, czy kupiłem dobry model, ale po wnikliwej analizie, okazało się, iż był właściwy. Szkoda, gdyż miałem wielką ochotę lecieć Torino jak z procy :)

Mój mięśniak dostarczył (i dalej dostarcza) mi niezapomnianych chwil i przygód ilekroć wybieram się nim na przejażdżkę czy cruzing po mieście z naszą poznańską ekipą. I co więcej, ilekroć idę po niego do garażu, zawsze czuję wzrost adrenaliny zupełnie jakby to było moje pierwsze spotkanie z nim. Na pewno warto było marzyć !!!!

Taka moja historia…. i pierwsze wrażenia :) W następnym odcinku – historia modelu !!

Zdjęcia zrobione w miesiąc po zakupie – czyli jakoś w kwietniu 2009 ;)

1968 Ford Torino 2dr hardtop (11) 1968 Ford Torino 2dr hardtop (10) 1968 Ford Torino 2dr hardtop (9) 1968 Ford Torino 2dr hardtop (8) 1968 Ford Torino 2dr hardtop (7) 1968 Ford Torino 2dr hardtop (5) 1968 Ford Torino 2dr hardtop (4) 1968 Ford Torino 2dr hardtop (3)

289 2bbl V8 (now 4bbl)

Obecnie tak wygląda… po modyfikacjach :)

14882116_694112914085356_7059971530405595642_o 12711110_1117638911594078_596058713069943528_o `68 Torino... 14103042_653649268131721_9042369036053708187_o `68 Torino... 12030278_954167717973759_5015087170850565498_o 030910-5

Heh, na zewnątrz tyle co nic, poza końcówkami wydechu…

DSC00135

No ale modyfikacje silnika są spore jak opisałem. A i jeszcze jedno… silnik musi przejść kolejny remont i jego zdjęcia – w najbardziej aktualnym stanie niedługo zamieszczę :)

Witaj, świecie!

Witaj na swoim nowym blogu!

Bardzo się cieszymy, że jesteś z nami! To jest pierwszy, przykładowy wpis. Możesz go usunąć logując się do Kokpitu i wybierając menu Wpisy.

Jeśli coś jest dla Ciebie niejasne, zapoznaj się z działem Pomoc:
http://blog.pl/pomoc

Zapraszamy również na nasz profil na Facebooku, gdzie znajdziesz aktualności, poczytasz ciekawe blogi, lub weźmiesz udział w dyskusjach z innymi blogerami:
https://www.facebook.com/Blogpl

Miłego blogowania! :-)